Doszedłem do domu. Zwykły, jednorodzinny z wyblakłymi, pustymi ścianami wydaje się patrzeć na mnie. Ponury i posępny, jakby był pusty, niezamieszkany i obcy ale w oknie widać palące się światło. Wzdycham, idę w kierunku drzwi. Kiedy zdejmuję buty na korytarz wychodzi jedyne co tętni życiem w tym pustym kawałku ścian i podłóg. Mój kot, nazywa się Stephen III. Nie wiem dlaczego, wydaje mi się jednak, że to dobre imię. Kiedy zdejmuję płaszcz i ruszam w kierunku kuchni biorę go na ręce. Wchodzę, widzę swoją matkę. Wygląda jakby nie żyła ale oddycha. Można by powiedzieć, że wegetuje, jak jakiś pieprzona roślinka. Zupełnie głucha, niewidoma i niema. Nie widzę w niej żadnych reakcji, nieruchomy wzrok wbity w zasłonięte firanką okno. Jednak obiad stoi na stole. Kiedy jem przypominam sobie jak była jeszcze żywa i piękna. Pamiętam jak się cieszyła ale powoli zapominam jak się uśmiechała. Jak wtedy wyglądały jej oczy? Patrzę na zegarek. Za trzy, góra cztery minuty pójdzie spać. Czekam cicho żeby sprawdzić czy mój schemat jest poprawny. Dokładnie po trzech minutach wychodzi, bez słowa, bez jednego spojrzenia. Moja matka wstaje dokładnie o 6.00, o godzinie 7.00 wychodzi na tramwaj i jedzie do pracy. Kiedy wraca jest 16.00, robi obiad następnie może coś zrobi, może nie. Jeśli nic nie robi to do godziny 21.00 siedzi w kuchni i patrzy w okno, później idzie spać. Tak mniej więcej wygląda jej dzień. Intensywność życia jest mniejsza niż u przejechanego kota. Wstaje, myje talerz i idę wziąć prysznic. Kiedy woda lekko obmywa moje ciało, czuje się jak bym był Nigdzie. Z dala od tego tęchnącego beznadzieją domu. Kiedy czuję się oczyszczony, całkiem obojętny i wyłączony z myślenia mogę wreszcie iść spać. Zasypiając przed oczami widzę złote włosy na tle szarego, jesiennego nieba, rozwiewa je wiatr. Są piękne. Jestem spokojny. Zasypiam.
&&&
Kiedy wstaje na zegarku widnieję godzina 6.30. Muszę. Nie lubię wstawać i nie lubię się budzić. Kiedy się budzę mam czysty, zamglony i miło nieświadomy umysł. Niestety, tylko po to aby wstając uświadomić sobie, że nie jest tak milusio. W sumie to śmiało mogę powiedzieć, że nienawidzę się budzić i wstawać. „Nie lubię” to za małe sformułowanie do określenia mojej niechęci względem tych dwóch czynności. Siadam na łóżku, rozglądam się smętnym spojrzeniem po swoim zagraconym pokoju. Nie lubię go, właściwie to staram się przebywać w nim jak najmniej. Zwykle tylko tu śpię. Wstaję, biorę ubrania i kieruję się z nimi do łazienki. Przemywam twarz. Zakładam, czarne proste spodnie i t-shirt w morskim kolorze. Dla mnie to zwykły niebieski ale jak stwierdził Fabian jest to kolor morski. Niech mu będzie. Próbuję zrobić coś z włosami. Jednak one żyją własnym życiem. Z ciężkim westchnieniem opieram się o umywalkę. Posyłam sobie w lustrze pokrzepiające spojrzenie. Gaszę światło, idę do kuchni. Śniadanie. Stoi na stolę, zawszę, każdego dnia. Siadam cicho. Nie patrzę na nią, staram się robić to jak najrzadziej. Czasami jednak potrzebuje tego, potwierdzenie jej niemego istnienia, jest mi potrzebna. Wychodzi do pracy. Opieram łokcie o stół. Głowa mi opada kiedy lekko przymykam powieki i niemo motywuję się do wstania i pójścia do szkoły. Nie chcę być rośliną. Podnoszę się, sprzątam po sobie. Idę do pokoju po plecak i bluzę. Kiedy mam już wychodzi, przypominam sobie o Stephenie III. Do miski wsypuję mu karmę, nalewam mleka. Głaszczę go delikatnie po grzbiecie. Idę do drzwi, zakładam płaszcz, szalik i kapelusz. Wychodzę. Nareszcie. Kiedy idę ścieżką między drzewami na przystanek, odpalam papierosa. Dym przyjemnie pustoszy mi płuca i odurza umysł. Mam lekki uśmiech na twarzy kiedy zaciągam się po raz drugi. Wypuszczam powoli kłąb, z fascynacją obserwuje jak lekko i mozolnie porusza się ku górze aby w końcu zniknąć. Lubię dym, jest piękny, szary. Kiedy kończę fajkę, przychodzi czas na cichą kontemplację pogody i przyrody. Pogoda dobra, zanosi się na deszcz. Przyroda tak samo piękna jak każdej Jesieni, każdego roku, każdego dnia i każdej godziny. Dochodzę do przystanku. Czekam. Kiedy na horyzoncie pojawia się Fabian na moją twarz wstępuje powolny, lekki uśmiech. Zbliża się z radością dziecka na twarzy.
- Cześć ponuraku.- mówi szturchając mnie w ramię.
- Cześć. Co taki dobry humor?- zadziwiające, że go jeszcze usta nie bolą od tego ciągłego uśmiechu.
- To dobry dzień. Poza tym miło Cię widzieć.- odpowiada patrząc na mnie tymi swoimi oczyma.
- Tak, to dobry dzień.- odpowiadam. Wsiadamy, przyjechał nasz tramwaj.
&&&
- Uśmiech.- słyszę a kiedy odwracam twarz Fabian robi mi zdjęcie.
- Nie mogłeś się powstrzymać?- Zawsze ma przy sobie aparat, kocha robić zdjęcia. Nie powiedział mi tego, widzę to w jego oczach.
- To jest piękne.- mówi ucieszony i odgarnia pasemko które wyplątało się z warkocza.
- Rozpuść włosy.- mówię to zupełnie bez udziału woli.
- Po co?- pyta zaciekawiony.
- Lubię twoje włosy.- Kiedy je rozpuszcza, biorę od niego aparat. Wieje lekki wiatr, podnosi jego włosy. Robię zdjęcie. Na ekranie aparatu widzę, złote włosy na tle szarego nieba rozwiewane przez wiatr. To jest idealne. To jest piękno, jest ulotne.