sobota, 25 grudnia 2010

Rozdział 2 „Dom, kot, dym”


Doszedłem do domu. Zwykły, jednorodzinny z wyblakłymi, pustymi ścianami wydaje się patrzeć na mnie. Ponury i posępny, jakby był pusty, niezamieszkany i obcy ale w oknie widać palące się światło. Wzdycham, idę w kierunku drzwi. Kiedy zdejmuję buty na korytarz wychodzi jedyne co tętni życiem w tym pustym kawałku ścian i podłóg. Mój kot, nazywa się Stephen III. Nie wiem dlaczego, wydaje mi się jednak, że to dobre imię. Kiedy zdejmuję płaszcz i ruszam w kierunku kuchni biorę go na ręce. Wchodzę, widzę swoją matkę. Wygląda jakby nie żyła ale oddycha. Można by powiedzieć, że wegetuje, jak jakiś pieprzona roślinka. Zupełnie głucha, niewidoma i niema. Nie widzę w niej żadnych reakcji, nieruchomy wzrok wbity w zasłonięte firanką okno. Jednak obiad stoi na stole. Kiedy jem przypominam sobie jak była jeszcze żywa i piękna. Pamiętam jak się cieszyła ale powoli zapominam jak się uśmiechała. Jak wtedy wyglądały jej oczy? Patrzę na zegarek. Za trzy, góra cztery minuty pójdzie spać. Czekam cicho żeby sprawdzić czy mój schemat jest poprawny. Dokładnie po trzech minutach wychodzi, bez słowa, bez jednego spojrzenia. Moja matka wstaje dokładnie o 6.00, o godzinie 7.00 wychodzi na tramwaj i jedzie do pracy. Kiedy wraca jest 16.00, robi obiad następnie może coś zrobi, może nie. Jeśli nic nie robi to do godziny 21.00 siedzi w kuchni i patrzy w okno, później idzie spać. Tak mniej więcej wygląda jej dzień. Intensywność życia jest mniejsza niż u przejechanego kota. Wstaje, myje talerz i idę wziąć prysznic. Kiedy woda lekko obmywa moje ciało, czuje się jak bym był Nigdzie. Z dala od tego tęchnącego beznadzieją domu. Kiedy czuję się oczyszczony, całkiem obojętny i wyłączony z myślenia mogę wreszcie iść spać. Zasypiając przed oczami widzę złote włosy na tle szarego, jesiennego nieba, rozwiewa je wiatr. Są piękne. Jestem spokojny. Zasypiam.


&&&

Kiedy wstaje na zegarku widnieję godzina 6.30. Muszę. Nie lubię wstawać i nie lubię się budzić. Kiedy się budzę mam czysty, zamglony i miło nieświadomy umysł. Niestety, tylko po to aby wstając uświadomić sobie, że nie jest tak milusio. W sumie to śmiało mogę powiedzieć, że nienawidzę się budzić i wstawać. „Nie lubię” to za małe sformułowanie do określenia mojej niechęci względem tych dwóch czynności. Siadam na łóżku, rozglądam się smętnym spojrzeniem po swoim zagraconym pokoju. Nie lubię go, właściwie to staram się przebywać w nim jak najmniej. Zwykle tylko tu śpię. Wstaję, biorę ubrania i kieruję się z nimi do łazienki. Przemywam twarz. Zakładam, czarne proste spodnie i t-shirt w morskim kolorze. Dla mnie to zwykły niebieski ale jak stwierdził Fabian jest to kolor morski. Niech mu będzie. Próbuję zrobić coś z włosami. Jednak one żyją własnym życiem. Z ciężkim westchnieniem opieram się o umywalkę. Posyłam sobie w lustrze pokrzepiające spojrzenie. Gaszę światło, idę do kuchni. Śniadanie. Stoi na stolę, zawszę, każdego dnia. Siadam cicho. Nie patrzę na nią, staram się robić to jak najrzadziej. Czasami jednak potrzebuje tego, potwierdzenie jej  niemego istnienia, jest mi potrzebna. Wychodzi do pracy. Opieram łokcie o stół. Głowa mi opada kiedy lekko przymykam powieki i niemo motywuję się do wstania i pójścia do szkoły. Nie chcę być rośliną. Podnoszę się, sprzątam po sobie. Idę do pokoju po plecak i bluzę. Kiedy mam już wychodzi, przypominam sobie o Stephenie III. Do miski wsypuję mu karmę, nalewam mleka. Głaszczę go delikatnie po grzbiecie. Idę do drzwi, zakładam płaszcz, szalik i kapelusz. Wychodzę. Nareszcie. Kiedy idę ścieżką między drzewami na przystanek, odpalam papierosa. Dym przyjemnie pustoszy mi płuca i odurza umysł. Mam lekki uśmiech na twarzy kiedy zaciągam się po raz drugi. Wypuszczam powoli kłąb, z fascynacją obserwuje jak lekko i mozolnie porusza się ku górze aby w końcu zniknąć. Lubię dym, jest piękny, szary. Kiedy kończę fajkę, przychodzi czas na cichą kontemplację pogody i przyrody. Pogoda dobra, zanosi się na deszcz. Przyroda tak samo piękna jak każdej Jesieni, każdego roku, każdego dnia i każdej godziny. Dochodzę do przystanku. Czekam. Kiedy na horyzoncie pojawia się Fabian na moją twarz wstępuje powolny, lekki uśmiech. Zbliża się z radością dziecka na twarzy.
- Cześć ponuraku.- mówi szturchając mnie w ramię.
- Cześć. Co taki dobry humor?- zadziwiające, że go jeszcze usta nie bolą od tego ciągłego uśmiechu.
- To dobry dzień. Poza tym miło Cię widzieć.- odpowiada patrząc na mnie tymi swoimi oczyma.
- Tak, to dobry dzień.- odpowiadam. Wsiadamy, przyjechał nasz tramwaj.

&&&

- Uśmiech.- słyszę a kiedy odwracam twarz Fabian robi mi zdjęcie.
- Nie mogłeś się powstrzymać?- Zawsze ma przy sobie aparat, kocha robić zdjęcia. Nie powiedział mi tego, widzę to w jego oczach.
- To jest piękne.- mówi ucieszony i odgarnia pasemko które wyplątało się z warkocza.
- Rozpuść włosy.- mówię to zupełnie bez udziału woli.
- Po co?- pyta zaciekawiony.
- Lubię twoje włosy.- Kiedy je rozpuszcza, biorę od niego aparat. Wieje lekki wiatr, podnosi jego włosy. Robię zdjęcie. Na ekranie aparatu widzę, złote włosy na tle szarego nieba rozwiewane przez wiatr. To jest idealne. To jest piękno, jest ulotne. 
 

niedziela, 19 grudnia 2010

Rozdział 1 „Papieros, fizyka, tramwaj”


Siedzę właśnie na ławce obok szkoły, palę papierosa i złorzeczę całemu niesprawiedliwemu światu. Właściwie to bardzo lubię robić te trzy czynności na raz. Siedzenie daje mi wiele komfortu to, że robię to w pobliżu szkoły paląc fajkę dostarcza  mi troszkę adrenaliny, a złorzeczenie światu, który jest niebotycznie wręcz niesprawiedliwy, daje mi jako takie poczucie równowagi, tak żeby się nie siedziało za dobrze i nie paliło za dobrze. Jest Jesień. Wydaje mi się, że dużo osób dodało by tutaj parę mało optymistycznych epitetów. Jak: zimna Jesień, czy też mokra lub paskudna a może smutna. Ja powiem jednak: piękna, czerwona, bardzo zimna i bardzo deszczowa. Lubię Jesień. Fajnie jest patrzeć na pieprzony deszcz który jest wręcz cholernie piękny gdy cieknie strugami po szybie. Piękne jest to jak czerwone i żółte liście leżą na chodnikach zakrywając ich obrzydliwy bród. Lubię także jesienne niebo. Można powiedzieć, że jest przygnębiające, dla mnie jest po prostu cudownie szare. W Jesieni piękne jest to, że przyćmiewa całą obrzydliwość i martwość betonowego miasta. Urzekający nawet jest zimny wiatr. Przewiewa, porządkuje trochę myśli albo raczej, pomaga nie myśleć. Jedyne co nam do głowy przychodzi to „Jak cholernie zimno!”, w każdym razie coś w tym stylu, jednak to jak to ujmiemy zależy od autora. Gaszę papierosa o ławkę i wyrzucam do pobliskiego kosza. Trzeba iść na dalsze lekcję. Zimno mi w dłonie, naciągam na nie rękawy mojej czarnej bluzy i idę na fizykę. Kiedy wchodzę do szkoły w całych zabłoconych butach woźna łypie na mnie wzrokiem bazyliszka. Przyspieszam, jeszcze jej się przypomni, że powinienem po sobie posprzątać. Kiedy docieram pod klasę okazuje się, że nauczyciel jeszcze nie przyszedł. Nikt do mnie nie podchodzi, ja nie podchodzę do nikogo. Jestem im obojętny, oni mi też. Jestem w pierwszej klasie liceum w Łodzi. Jest drugi miesiąc szkoły. Nie lubię fizyki, właściwie to nie lubię przedmiotów ścisłych. Wydają mi się być takie, pozbawione wyobraźni. Przychodzi ten dziad, nie wiem jak się nazywa ten nauczyciel. Wchodzę do klasy i zajmuję trzecią ławkę przy oknie. Lekcja raczej mnie nie interesuję, ten staruszek wydaje się mówić bardziej do siebie niż do uczniów. Patrzę na widoki za oknem, które są wyjątkowo piękne biorąc pod uwagę, że jestem w brudnym, zatłoczonym i zanieczyszczonym spalinami mieście. Za oknem mam park, z pięknymi rozłożystymi drzewami. Z mnóstwem opadających i tańczących na wietrzę liści. Jeśli Jesień jest pasją to z pewnością mogę ją uznać za moją największą i jedyną. Kiedy lekcja się kończy jestem usatysfakcjonowany. Żadnego pytania jak na nieszczęsnej chemii za to cicha obserwacja i kontemplacja a poza tym, koniec lekcji. Ubrałem się i wyszedłem ze szkoły. Pokierowałem się na przystanek tramwajowy, mieszkam na przedmieściach. Nigdy nie lubiłem poruszać się tramwajami, robią straszny hałas, w środku śmierdzi i nie można się nad niczym skupić bo cholernie buja. Koniec trasy i początek spaceru do domu przywitałem z ogromnym entuzjazmem, co w moim przydatku miało wyłącznie efekt dźwiękowy czyli pomruk, żadnego uśmiechu. Mój jedyny znajomy z klasy którego faktycznie znam dopiero dwa miesiące mówi, że wyglądam na wiecznie naburmuszonego. Może trochę, ale jakieś reakcje to zawsze wykaże. Kiedy teraz o nim pomyślałem to nawet się uśmiechnąłem. Postanowiłem także, że go odwiedzę jako, że mieszka całkiem niedaleko. Nie było go dzisiaj w szkole więc jestem także ciekaw z jakiego powodu. Kiedy dotarłem do małego, drewnianego ale wyglądającego przytulnie domku zapukałem do drzwi. Po chwili otworzył mi jego ojciec, straszny ponurak i pracoholik.
- Dzień dobry. Jest może Fabian?- zapytałem, ten ni to westchnął, ni to burknął, otworzył szerzej drzwi, wskazał na schody i zostawił mnie w ganku. Dziwny typ. Wszedłem  po schodach na górę, prowadziły one tylko i wyłącznie do jednego pokoju. Otworzyłem drzwi bez pytania. Z łóżka podniosło się na mnie szare spojrzenie wyglądające zza okularów.
- Cześć Gabriel.- powiedział odkładając książkę i uśmiechając się do mnie przyjaźnie. Jego uśmiech jest przyjemny. Wtedy jego oczy robią się błyszczące a na policzkach pojawiają się dołeczki. On jest dość niski, ma blond włosy do łopatek, piegi na twarzy i jak już wspomniałem szare oczy. Fabian jest też szczupły, ma twarz trochę jak dziecko.
- Cześć, czemu Cię w szkole nie było?- pytam i rozwalam się obok niego na łóżku.
- Źle się rano czułem.- odpowiada miękko, opadając na pościel obok mnie.
- Rozumiem. Wiesz nic nie straciłeś. Jakbym mógł też bym został w domu.- niestety jestem zbyt dobry żeby zwiać z lekcji  i zbyt odporny żeby coś mi się stało.
- To dobrze.- kiedy na niego patrzę widzę, że jest zmęczony.
- Co Ci właściwie było?
- Nie mam siły.- odpowiada elokwentnie na moje pytanie. Ja tylko wywracam oczami, patrzę na zegarek i liczę ile mogę zostać.
- Dobra, mam jakieś 1,5 godziny. Idziemy spać.- mówię, wstaje aby zgasić światło i uwalam się na łóżku zamykając oczy. Słyszę cichy pomruk zgody, coś wczepia się w moje ramie. Zasypiam.

&&&

 Dzwoni budzik, niechętnie wstaję z łóżka i kieruje się w stronę lustra żeby chociaż trochę polepszyć swoją stronę wizualną. Zapalam przy nim małą lampkę. Patrzy na mnie nieprzytomnym, niebieskim spojrzeniem jakiś koleś, który jest do mnie łudząco podobny. Trochę przyklepię swoje rozczochrane loczki, które sięgają ramion i już wiem, że ten gość to ja. Ten sam zadarty lekko nos, ta sama wychudzona twarz i te same przymulone oczy. Nie ma wątpliwości. Usatysfakcjonowany gaszę światło, podchodzę do łóżka, biorę plecak i ruszam do drzwi. Nagle słyszę cichy pomruk dochodzący z góry pościeli:
- Już idziesz? Musisz?
- Tak muszę. Ty śpij i jutro widzimy się na przystanku.- odpowiadam cicho na stłumione przez poduszkę pytania Fabiana.
- Szkoda, że idziesz. Mam nadzieję, że mi wybaczysz, że Cię nie odprowadzę.-  mówi.
- Taa, jakoś przeżyję, do zobaczenia.- mówię z lekkim uśmiechem na ustach i otwieram drzwi.
- Dzięki i do jutra.- wypowiada to coraz ciszej jakby zasypiał w trakcie mówienia. Delikatnie zamykam drzwi i schodzę na dół z lekkim uśmiechem na ustach. Kiedy idę do ganku mijam się z tym starym gburem.
- Do widzenia.- mówię, a ten dziwny koleś znowu nic nie odpowiada za wyjątkiem jakiegoś pomruku. Zastanawiam się czy on w ogóle umie mówić. Zakładam mój czarny płaszcz i szalik w tym samym kolorze. Wychodzę, uderza we mnie zimny powiew. Idę do domu. Dochodzę do wniosku, że ojciec Fabiana nie umie mówić.