- Chcę jechać do centrum.- słyszę wypowiedziane przez Fabiana słowa. Stoimy właśnie na przystanku tramwajowym, jest godzina 14.00 dnia 4 Października.
- Po co?- pytam zakładając kapelusz na głowę, właśnie zaczyna padać.
- Chcę porobić zdjęcia.-mówi. Wiem, że to ja będę ofiarą, która pojedzie z nim do paskudnego, zatłoczonego centrum.
- Kiedy?- wiem, że słyszy mój zrezygnowany głos, ale wygląda jakby w ogóle na niego nie działał. Uśmiecha się. Po paru sekundach łapie mnie za rękaw i zaczyna ciągnąć do biegu.
- Teraz.- wypowiada to z nieodłącznym zadowoleniem wypisanym na ustach i przyspiesza. Czuję jak deszcz, który z każda chwilą zaczyna przybierać na sile obmywa moją twarz. Na moje usta wstępuje uśmiech zadowolenia. Czuje orzeźwienie. W obliczu tak przyjemnego zjawiska jak deszcz, nawet czekająca mnie podróż tramwajem i perspektywa spędzenia reszty dnia na szwędaniu się po mieście, nie wydaje się być taka straszna. Słyszę donośny śmiech Fabiana, jest szczęśliwy. Ja chyba też. To takie dziwne. Jak niewiele potrzeba aby wszystko wydawało się odrobinę jaśniejsze? Kiedy wbiegamy do tramwaju, którego drzwi momentalnie się za nami zamykają, wzbudzamy zaciekawienie u młodszych i mniej zgrzybiałych osób, zaś u staruchów, zniesmaczenie i nieme oburzenie. Czuję, że z nosa cieknie mi woda. Dłoń Fabiana wyciera lekko te parę kropli. Jego uśmiech, jest piękny. Potrząsam lekko głową, strzepując zabłąkaną w moich splatanych i wilgotnych teraz włosach wodę. Siadamy na wolnych miejscach. Uśmiechy, przyspieszone jeszcze oddechy, deszcz za szybą. Cały czas jestem szczęśliwy.
&&&
Leżę na ławce w jednym z łódzkich parków. Moje plecy są bardzo mokre, w każdym razie bardziej niż reszta mojego ciała. Słyszę szum ulicznego hałasu, kroki przechodzącego obok mnie człowieka i cichy szum wiatru. Widzę żółto-złote korony starych drzew. Gałęzie lekko się poruszają pod wpływem delikatnych podmuchów. Siedzą na nich złowrogo wyglądające kruki i plaga każdego miasta – gołębie. Widmo blasku słonecznego próbuje przebić się przez warstwę chmur i kopuły liści. Kiedy przestało padać słońce zaczęło wyglądać zza szarych obłoków. Przez chwilę wszystko wydaję się być nawet idealne. Słyszę klakson samochodu niszczący wizje drzew, świata, Jesieni a nawet słońca. Ptaki podrywają się do lotu, słońce chowa całkowicie a drzewa, są takie same jak były. Moje wargi układają się w delikatny grymas. Nagle słyszę śmiech, rozbudzam się ze swoich rozmyślań.
- Żebyś zobaczył jakie robiłeś miny!- mówi głośno Fabian wciąż bardzo zadowolony. Nie komentuję tego. Podnoszę się do pozycji siedzącej. Kiedy znowu patrzę w jego kierunku, widzę jakiegoś zakapturzonego chłopaka powoli się do niego zbliżającego. Przyspiesza, zamieram, nie potrafię nic zrobić. Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Wyrywa aparat Fabianowi i rzuca się do biegu. Widzę jak szare oczy rozszerzają się w zaskoczeniu i jakby, rozpaczy? Rzeczywistość powraca do normalnego toku. Wstaję szybko. Muszę go dogonić. Nie wiem czy kiedykolwiek w życiu biegłem z taką prędkością. Wpadam za nim na przyuliczny chodnik, wyciągam rękę. Moja dłoń dosięga jego rękawa. Odwraca się gwałtownie i agresywnie mnie popycha. Tracę równowagę, przewracam się. Mam zamknięte oczy. Ostatnie co słyszę to pisk opon i cichy krzyk. Ostatnie co czuję to uderzenie i obezwładniający ból. Jest ciemno. Już nie potrafię myśleć.
&&&
To co czuję po odzyskaniu świadomości i cielesności to dyskomfort, nieprzyjemny zapach środków czyszczących i zawroty głowy. Nie potrafię otworzyć oczu. To dość frustrujące. Wkładam w to całą swoja wole, powoli rozchylam powieki. Światło na chwilę mnie oślepia jednak oczy przyzwyczajają się do jasności. Widzę coraz wyraźniej, na tyle wyraźnie aby zauważyć, że jestem w szpitalu.
- Gabriel?- słyszę ciche pytanie. Obok łóżka, na krześle siedzi Fabian. Fabian o lekko przymulonych i podkrążonych szarych oczach, o rozczochranych blond włosach, bez uśmiechu na ustach.
- Która godzina?- to zdanie wychodzi z moich ust mimowolnie. Dopiero teraz czuję, uścisk jego dłoni na mojej własnej. Nasze palce są splecione. To przyjemne.
- 18.40. Mamy 5 listopada.- odpowiada patrząc na zegarek a następnie z ulgą w moje oczy.
- Leżę tu jeden dzień? Co mi właściwie jest?- pytam i lekko ściskam jego dłoń, którą on delikatnie gładzi kciukiem.
- Tak, tylko albo aż jeden. Masz pękniętą nogę w kolanie, miałeś wstrząs mózgu i jesteś cały poobijany. Boże. Dobrze się czujesz, nic Cię nie boli?- w jego oczach pojawiają się łzy. To trochę mnie boli, nie lubię gdy ludzie płaczą.
- Tak mi się wydaje. Nie płacz.- mówię to stanowczym głosem po czym na chwile się wyłączam. Nagle coś sobie uświadamiam.
- Dzwoniliście do mnie do domu?- brzmi to dość panicznie.
- Tak.- odpowiada Fabian patrząc na mnie z ciekawością. Milczę.
- Wiesz, ona nie przyjechała. Przykro mi.- wypowiada to niepewnym głosem czekając na moją reakcję. Czuje się troszkę lepiej z myślą, że jej nie widział i, że nie wie jaka jest pusta i bez życia. Wole sam mu o tym powiedzieć.
- Mnie nie.- mówię cicho, szokuje go ta odpowiedź. Siedzimy przez jakiś czas w ciszy. Wpatrywanie się w Fabiana w jakiś pokrętny sposób mnie uspokaja. Jego powieki lekko opadają. Wygląda na zmęczonego.
- Powinieneś się przespać.- zwraca na mnie nieprzytomne spojrzenie.
- Tak wiem.- odpowiada. Przez chwilę wierci się na krześle po czym jego głowa opada na mój przykryty kołdrą brzuch.- Mogę tak?- pyta jeszcze zanim jego powieki opadają.
-Tak, chociaż myślałem o czymś bardziej komfortowym.- na moich ustach pojawia się uśmiech kiedy jedną z dłoni zanurzam w jego włosach.
- Tu mi dobrze.- odpowiada cicho i momentalnie zasypia. Ja także.
&&&
Mam jechać o domu. Boje się tego. Przez około trzy, do czech tygodni będę przykuty do łóżka co jest równoznaczne z przykuciem do ”domu” i do jej milczącej egzystencji. W jakiś dziwny sposób nie była potrzebna jej obecności w szpitalu. Papiery ma podpisać w domu. To nawet lepiej. Fabian cały czas jest ze mną. Musiał być w domu, ale kiedy się obudziłem rano siedział już przy moim łóżku pijąc kawę i delikatnie się uśmiechając. Nie wyglądał tak jak wczoraj. Był już sobą.
- Dobrze możemy już jechać.- mówi jeden z ratowników medycznych wchodząc do sali. Tuż za nim idą dwaj mężczyźni niosący nosze.
Kiedy jestem w karetce czuje się coraz gorzej. Boje się pustki i obojętności którą będą wyrażały jej oczy. Jest mi ciężko, staram się nie myśleć.
&&&
Jestem w swoim pokoju. Z dołu słyszę głosy. Moja matka pewnie podpisuje te papierki. Zastanawiam się czy jest świadoma tego co jest na nich napisane. Chciałbym móc przespać te dni które muszę spędzić w tym domu. Chciałbym móc nie myśleć i nie czuć. Wyłączyć się być nieświadomym tej beznadziei i obojętności. Wzdycham głęboko. Nagle drzwi pokoju delikatnie się uchylają.
- Mogę wejść?- zobaczyłem, że to Fabian. Zrobiło mi się jakoś lekko.
- Jasne.- kiedy wchodzi zamykając za sobą drzwi ciekawsko się rozgląda. Pierwszy raz ma okazje być w moim ”pokoju” i ”domu”.
- Fabian, czy będziesz przychodził do mnie codziennie?- pytam z nadzieją w głosie.
- Z miłą chęcią.- odpowiada z uśmiechem i siada obok mnie na łóżku.
- Ja… Nie chcę tu być sam z moją matką.- mówię cicho z przymkniętymi powiekami.
- Czemu?- pyta zaskoczony tym co powiedziałem.
- Jest pusta jak cały ten dom. Wygląda i zachowuje się zupełnie jak lalka. Kiedy się przypatrzysz sam się przekonasz. Boje się obojętności i tego jej pieprzonego ”nie życia”. Boje się, że po jakimś czasie stanę się taki jak ona.- mój głos cichnie z każdym słowem. To pierwszy raz kiedy mówię mu coś takiego, pierwszy raz kiedy mówi coś takiego komukolwiek.
- Rozumiem. Będę przy tobie.- słyszę jego słowa. Teraz się nie boję. Głowa opada mu na moje ramie, nasze dłonie się splatają. Czuje, że dam radę.
&&&
Chcę podziękować zarówno za słowa pochwały jak i krytyki. Cieszę się, że ktoś to czyta.
Pozdrawiam
Requiem
1 komentarze:
Cześć. Notka jak zawsze wspaniała, chociaż jest lepiej jak czytasz na głos. Podoba mi się, to, że bohaterowie są tacy delikatni i widzę motyw autobiograficzny ;D
Pozdrawiam.
Prześlij komentarz