niedziela, 19 grudnia 2010

Rozdział 1 „Papieros, fizyka, tramwaj”


Siedzę właśnie na ławce obok szkoły, palę papierosa i złorzeczę całemu niesprawiedliwemu światu. Właściwie to bardzo lubię robić te trzy czynności na raz. Siedzenie daje mi wiele komfortu to, że robię to w pobliżu szkoły paląc fajkę dostarcza  mi troszkę adrenaliny, a złorzeczenie światu, który jest niebotycznie wręcz niesprawiedliwy, daje mi jako takie poczucie równowagi, tak żeby się nie siedziało za dobrze i nie paliło za dobrze. Jest Jesień. Wydaje mi się, że dużo osób dodało by tutaj parę mało optymistycznych epitetów. Jak: zimna Jesień, czy też mokra lub paskudna a może smutna. Ja powiem jednak: piękna, czerwona, bardzo zimna i bardzo deszczowa. Lubię Jesień. Fajnie jest patrzeć na pieprzony deszcz który jest wręcz cholernie piękny gdy cieknie strugami po szybie. Piękne jest to jak czerwone i żółte liście leżą na chodnikach zakrywając ich obrzydliwy bród. Lubię także jesienne niebo. Można powiedzieć, że jest przygnębiające, dla mnie jest po prostu cudownie szare. W Jesieni piękne jest to, że przyćmiewa całą obrzydliwość i martwość betonowego miasta. Urzekający nawet jest zimny wiatr. Przewiewa, porządkuje trochę myśli albo raczej, pomaga nie myśleć. Jedyne co nam do głowy przychodzi to „Jak cholernie zimno!”, w każdym razie coś w tym stylu, jednak to jak to ujmiemy zależy od autora. Gaszę papierosa o ławkę i wyrzucam do pobliskiego kosza. Trzeba iść na dalsze lekcję. Zimno mi w dłonie, naciągam na nie rękawy mojej czarnej bluzy i idę na fizykę. Kiedy wchodzę do szkoły w całych zabłoconych butach woźna łypie na mnie wzrokiem bazyliszka. Przyspieszam, jeszcze jej się przypomni, że powinienem po sobie posprzątać. Kiedy docieram pod klasę okazuje się, że nauczyciel jeszcze nie przyszedł. Nikt do mnie nie podchodzi, ja nie podchodzę do nikogo. Jestem im obojętny, oni mi też. Jestem w pierwszej klasie liceum w Łodzi. Jest drugi miesiąc szkoły. Nie lubię fizyki, właściwie to nie lubię przedmiotów ścisłych. Wydają mi się być takie, pozbawione wyobraźni. Przychodzi ten dziad, nie wiem jak się nazywa ten nauczyciel. Wchodzę do klasy i zajmuję trzecią ławkę przy oknie. Lekcja raczej mnie nie interesuję, ten staruszek wydaje się mówić bardziej do siebie niż do uczniów. Patrzę na widoki za oknem, które są wyjątkowo piękne biorąc pod uwagę, że jestem w brudnym, zatłoczonym i zanieczyszczonym spalinami mieście. Za oknem mam park, z pięknymi rozłożystymi drzewami. Z mnóstwem opadających i tańczących na wietrzę liści. Jeśli Jesień jest pasją to z pewnością mogę ją uznać za moją największą i jedyną. Kiedy lekcja się kończy jestem usatysfakcjonowany. Żadnego pytania jak na nieszczęsnej chemii za to cicha obserwacja i kontemplacja a poza tym, koniec lekcji. Ubrałem się i wyszedłem ze szkoły. Pokierowałem się na przystanek tramwajowy, mieszkam na przedmieściach. Nigdy nie lubiłem poruszać się tramwajami, robią straszny hałas, w środku śmierdzi i nie można się nad niczym skupić bo cholernie buja. Koniec trasy i początek spaceru do domu przywitałem z ogromnym entuzjazmem, co w moim przydatku miało wyłącznie efekt dźwiękowy czyli pomruk, żadnego uśmiechu. Mój jedyny znajomy z klasy którego faktycznie znam dopiero dwa miesiące mówi, że wyglądam na wiecznie naburmuszonego. Może trochę, ale jakieś reakcje to zawsze wykaże. Kiedy teraz o nim pomyślałem to nawet się uśmiechnąłem. Postanowiłem także, że go odwiedzę jako, że mieszka całkiem niedaleko. Nie było go dzisiaj w szkole więc jestem także ciekaw z jakiego powodu. Kiedy dotarłem do małego, drewnianego ale wyglądającego przytulnie domku zapukałem do drzwi. Po chwili otworzył mi jego ojciec, straszny ponurak i pracoholik.
- Dzień dobry. Jest może Fabian?- zapytałem, ten ni to westchnął, ni to burknął, otworzył szerzej drzwi, wskazał na schody i zostawił mnie w ganku. Dziwny typ. Wszedłem  po schodach na górę, prowadziły one tylko i wyłącznie do jednego pokoju. Otworzyłem drzwi bez pytania. Z łóżka podniosło się na mnie szare spojrzenie wyglądające zza okularów.
- Cześć Gabriel.- powiedział odkładając książkę i uśmiechając się do mnie przyjaźnie. Jego uśmiech jest przyjemny. Wtedy jego oczy robią się błyszczące a na policzkach pojawiają się dołeczki. On jest dość niski, ma blond włosy do łopatek, piegi na twarzy i jak już wspomniałem szare oczy. Fabian jest też szczupły, ma twarz trochę jak dziecko.
- Cześć, czemu Cię w szkole nie było?- pytam i rozwalam się obok niego na łóżku.
- Źle się rano czułem.- odpowiada miękko, opadając na pościel obok mnie.
- Rozumiem. Wiesz nic nie straciłeś. Jakbym mógł też bym został w domu.- niestety jestem zbyt dobry żeby zwiać z lekcji  i zbyt odporny żeby coś mi się stało.
- To dobrze.- kiedy na niego patrzę widzę, że jest zmęczony.
- Co Ci właściwie było?
- Nie mam siły.- odpowiada elokwentnie na moje pytanie. Ja tylko wywracam oczami, patrzę na zegarek i liczę ile mogę zostać.
- Dobra, mam jakieś 1,5 godziny. Idziemy spać.- mówię, wstaje aby zgasić światło i uwalam się na łóżku zamykając oczy. Słyszę cichy pomruk zgody, coś wczepia się w moje ramie. Zasypiam.

&&&

 Dzwoni budzik, niechętnie wstaję z łóżka i kieruje się w stronę lustra żeby chociaż trochę polepszyć swoją stronę wizualną. Zapalam przy nim małą lampkę. Patrzy na mnie nieprzytomnym, niebieskim spojrzeniem jakiś koleś, który jest do mnie łudząco podobny. Trochę przyklepię swoje rozczochrane loczki, które sięgają ramion i już wiem, że ten gość to ja. Ten sam zadarty lekko nos, ta sama wychudzona twarz i te same przymulone oczy. Nie ma wątpliwości. Usatysfakcjonowany gaszę światło, podchodzę do łóżka, biorę plecak i ruszam do drzwi. Nagle słyszę cichy pomruk dochodzący z góry pościeli:
- Już idziesz? Musisz?
- Tak muszę. Ty śpij i jutro widzimy się na przystanku.- odpowiadam cicho na stłumione przez poduszkę pytania Fabiana.
- Szkoda, że idziesz. Mam nadzieję, że mi wybaczysz, że Cię nie odprowadzę.-  mówi.
- Taa, jakoś przeżyję, do zobaczenia.- mówię z lekkim uśmiechem na ustach i otwieram drzwi.
- Dzięki i do jutra.- wypowiada to coraz ciszej jakby zasypiał w trakcie mówienia. Delikatnie zamykam drzwi i schodzę na dół z lekkim uśmiechem na ustach. Kiedy idę do ganku mijam się z tym starym gburem.
- Do widzenia.- mówię, a ten dziwny koleś znowu nic nie odpowiada za wyjątkiem jakiegoś pomruku. Zastanawiam się czy on w ogóle umie mówić. Zakładam mój czarny płaszcz i szalik w tym samym kolorze. Wychodzę, uderza we mnie zimny powiew. Idę do domu. Dochodzę do wniosku, że ojciec Fabiana nie umie mówić.

1 komentarze:

niedojrzała_smarkula pisze...

Hmm... No interesujące. Tylko że zauważyłam sporo błędów, m.in. mieszanie czasów, brak przecinków, czy zwykłe literówki. Czytam dalej:D A ja wiem kto będzie teges!:D Fabian & Gabriel!<3 mwahaha!:P